niedziela, 27 marca 2016

[10] "Pan będzie zadowolony"

Perspektywa Clary:
Kończyłam właśnie swój makijaż, gdy usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Szybko dokończyłam podkreślanie oka czarną kredką, po czym odebrałam, przykładając komórkę do ucha.
- Co tam, Iz?... Tak, jesteśmy już prawie gotowi... Wiem, że prawie to za mało, Iz... Ale nie praw mi morałów!... Ok, zaraz będziemy...
Widać, że dziewczyna jest nieźle nakręcona na przyjęcie z okazji jej nagłego powrotu do zdrowia. Cieszę się, że jej samopoczucie jest tak wysokie. Przynajmniej można ujrzeć uśmiech na jej twarzy, a to mnie najbardziej zadowala, odkąd Aleca pochowano w Mieście Kości.
Jako że Iz wydzwania do mnie od rana, bym tylko zdradziła jej w którym momencie przygotowań tkwimy...
Jace! - zawołałam, a blondyn od razu pojawił się obok mnie - Wyczyść buty, zmień marynarkę, idź szybko do fryzjera i obetnij paznokcie, ok?
- Czemu zachowujesz się jak moja matka? - spytał lekceważąco.
- A chcesz znowu dostać bułkę pod sklepem od staruszki? - skrzyżowałam ręce na piersi i czekałam na sarkastyczną odpowiedź z jego strony, jednak ten tylko skinął głową, lekko się przy tym uśmiechając.
Wróciłam do lustra, wyjmując z kosmetyczki tusz do rzęs.
- Okej, może tym razem będziesz mi posłuszny... - powiedziałam cicho, spoglądając gniewnie na małą szczoteczkę. Otworzyłam szeroko oko, podkreślając delikatnie rzęsy i modląc się w duchu, bym tylko nie wyjechała poza łuk.
- No żesz kurwa! - warknęłam - Trzeci raz poprawiam to oko!
Zdenerwowana rzuciłam wszystko w bok, biorąc do ręki stelę i kreśląc na ramieniu runy Wdzięku i Urody. Gdybym miała wybrać jedną spośród wszystkich moich mocy, pozbyłabym się wszystkich, tylko nie tej od tworzenia nowych run. Każdy to ceni, zwłaszcza teraz, gdy nadchodzi wojna.
- Gotowa? - odwróciłam się w stronę drzwi, gdzie stał Jace, oparty o futrynę.
- Można tak powiedzieć - jęknęłam przeciągle i spojrzałam nostalgicznie w okno. Po chwili usłyszałam kroki zmierzające w moim kierunku, więc natychmiast się odwróciłam.
- Pięknie wyglądasz - powiedział, delikatnie się nade mną pochylając i całując mnie w czubek głowy.
Faktycznie, nie mogłam temu zaprzeczyć. Miałam na sobie miętową sukienkę z wąskim paseczkiem przewiązanym w tali oraz czarne, pasujące do tego szpilki. Włosy zlokowałam i związałam je potem w ślicznego, wysokiego kucyka. Paznokcie wyglądały jak okrągłe milion dolarów. Wszystkie, prócz środkowego, pomalowane były na miętowo, tamten - na srebrno z dodatkiem brokatowych kryształków. Niektóre z nich przyozdobiłam małymi koralikami, co dodało im brakującego uroku.
Uśmiechnęłam się na jego słowa, kładąc rękę na jego torsie.
- Idziemy? - spytałam, zjeżdżając dłonią coraz niżej, na co ten cicho mruknął i złączył nasze palce razem.
- Idziemy - jego pewny ton spowodował dreszcze na moim ciele.
- Ostatnio jesteś jakiś dziwny - powiedziałam, gdy już byliśmy na świeżym powietrzu.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Sama nie wiem. Jakbym wyczuwała jakąś aurę dookoła ciebie...
- Clary - przerwał mi, ściskając moje ramiona. Jego oczy, w których spokojnie widziałam swoje odbicie były na równi z moją głową - Jesteś Nocnym Łowcą, nie Czarodziejem. Przypomnij to sobie, kiedy znów będziesz chciała pierdolić o jakiejś aurze - i poszedł dalej, zostawiając mnie w tyle.
***
Po wejściu do małej kawiarenki, w której miała się odbyć impreza próbowałam odszukać wzrokiem Jace'a, który zaraz za pierwszym lepszym zakrętem zniknął mi z oczu. Jakby rozpłynął się w powietrzu, bo nieważne, w którą stronę spojrzałam i ile razy się obkręciłam, go nie było. Nieśmiało sprawdzałam każde pomieszczenia w lokalu, by znaleźć źródło dźwięku, które dopiero byłam w stanie usłyszeć. Z każdym moim krokiem muzyka była coraz bardziej intensywniejsza, co oznaczało, że tuż za rogiem jest jakaś wieża stereo, a co za tym idzie - przyjęcie, które miało się zacząć za jakieś 25 minut. Wyszłam do ogródka, gdzie znalazłam pierwszych gości oraz Isabelle, do której natychmiast podeszłam. Po wymienieniu uśmiechów mocno się do siebie przytuliłyśmy, jakbyśmy nie widziały się szmat czasu.
- Ślicznie wyglądasz - powiedziałyśmy równo, nadal lekko się kołysząc. Po chwili milczenia wybuchłyśmy śmiechem, wreszcie się od siebie odrywając.
- Pomożesz mi przenieść ciasta na stół? - spytała, wskazując kciukiem za siebie. Przytaknęłam głową, po czym ruszyłam za dziewczyną - Niektóre są w lodówce, a niektóre na blacie, już pokrojone.
- To ja wezmę te - podeszłam do niskiego pulpitu, biorąc kilka talerzy do ręki i idąc z nimi z powrotem na taras. Izzy wybrała idealną pogodę na przyjęcie. Co prawda słońce powoli znika za horyzontem, ale to nie zmienia faktu, że mimo niskiej temperatury jest strasznie ciepło. Opadłam zmęczona na uroczą ławeczkę przy płocie i zamknęłam oczy, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku.
- A gdzie Jace? - usłyszałam kolejne pytanie ze strony przyjaciółki, która, gdy odsłoniłam powieki, siedziała tuż obok mnie. Wzruszyłam ramionami, znów popadając w krótki sen.
- I nic cię to nie obchodzi? - moje długie milczenie zdało się na nic, gdyż brunetka cały czas naciskała - I.Nic.Cię.To.Nie.Obchodzi?
- Izzy, skończ! - warknęłam, ściągając okulary z oczu. Spojrzałam na nią wymownie, po czym znów się odprężyłam, czekając na resztę gości.
- Okej - skrzyżowała ręce na piersi - Okej - ściszyła swój ton o połowę, westchnęła, a dalej usłyszałam już tylko dźwięk jej obcasów.
Jeśli tak dalej pójdzie to zostanę całkiem sama, bo choć nie wiem w czym zawiniłam, zawsze to jest moja wina...
***
Muzyka od kilku minut zaczęła grać coraz głośniej, wprawiając ludzi w dziki taniec na parkiecie. Kiedy ja dobrze bawiłam się wraz z Alex w kącie ogródka, nie mogłam przestać myśleć o niczym innym, jak o tym, co wydarzyło się niecałe 10 minut temu. Przeprosiłam na moment blondynkę i wbiegłam na schody, by łatwiej było mi wypatrzyć Isabelle. Gdy zobaczyłam ją bacznie obserwującą tłum tańczących ludzi z różnych ras, natychmiast do niej podeszłam, starając się wymusić uśmiech na mojej twarzy.
- Dlaczego nie tańczysz? - spytałam przyjaciółkę, lecz widząc jej zmieszaną minę ponowiłam pytanie jeszcze kilka razy.
- Nie widzę nigdzie Simona, martwię się.
- To dziwne, że tak nagle zaczęłaś się nim interesować.
- Zawsze to robiłam, Clary. Po prostu tego nie dostrzegałaś.
- Pomiędzy wami coś jest, prawda? - spytałam po chwili milczenia, na co ta wzruszyła ramionami.
- Kiedy zginął Alec, przyszłam do niego. Powiedziałam, że tylko on potrafi mnie zrozumieć. Wtedy... wtedy coś poczułam. Jakbyśmy nagle się do siebie zbliżyli i...
- I?
- I się pocałowaliśmy. Z każdą sekundą czułam coraz większe pożądanie i... skończyło się na seksie.
- Jak to?
- On o tym nie wie. Nie wiem czemu... Och, Clary, to wszystko jest jakieś zjebane! Jakby to wszystko, co teraz widzę było zwykłym, jebanym snem, z którego zaraz się obudzę, a wszystko, co kocham i kochałam do tej pory zniknie, łącznie z moimi wspomnieniami - ostatnie zdanie wymówiła przez łzy, jakby naprawdę się tego bała.
- Uspokój się, wszystko jest ok - objęłam ją ramieniem, bawiąc się jej włosami.
- Nie wypada płakać na własnym przyjęciu, skarbie - obie podniosłyśmy głowy, zdając sobie po chwili sprawę, kto przed nami stoi.
- Mamo! - brunetka szybko się ode mnie odsunęła i rzuciła na Maryse.
Są takie same, ale jednak tak różne. Ich charaktery to dwie inne, odmienne osobowości. Isabelle jest rozważna i bezpośrednia, dzięki czemu czasami maleje w oczach ludzi, a jej matka jest egoistyczna i surowa, przez co łatwiej jest jej owinąć sobie kogoś wokół palca. Wcale się nie dziwię, że jest główną ambasadorką Clave, skoro nawet bandę tych aspołecznych pojebów potrafi nieźle nakręcić i naprowadzić na złą drogę.
- Clary - usłyszałam głos Maryse wyrywający mnie z rozmyśleń. Gdy tylko podniosłam wzrok, ta patrzała się centralnie przed siebie, dając mi do zrozumienia, że mam zrobić to samo.
Jace - pomyślałam. Znów spojrzałam na Maryse, po czym skinęłam głową i ruszyłam na samobójczą misję, bo przepchać się przez ten tłum nie było wcale łatwo.
Gdy byłam wystarczająco blisko, chłopak podniósł głowę. Jego mina nie była za ciekawa, uśmiech i oczy, przepełnione nienawiścią, zdradzały wszystko.
- Jesteś zły - zauważyłam, podchodząc o kilka kroków bliżej.
- Nie, kurwa. Marszczę czoło i mrużę oczy, bo cię niedowidzę.
- To nie było pytanie - westchnęłam zmieszana i usiadłam obok niego. Delikatnie oparłam głowę na jego ramieniu, przymykając oczy. Blask księżyca dodawał romantycznego klimatu, czego nie robiło spięte ciało Jace'a. Chłopak wyraźnie był czymś zmartwiony, a z doświadczenia wiedziałam, że każde pytanie skierowane do niego, właśnie teraz, jeszcze bardziej zepsułoby mu humor.
Wiatr bawił się gałęziami drzew i kreślił niewidzialne znaki w powietrzu. Gdy tylko usłyszałam jego ciche gwizdanie, zadrżałam, jakbym wiedziała, że jego podmuch zaraz się tu zbliży. W jednej chwili moje oczy błyskawicznie się otworzyły, gdy blondyn tylko objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. Nasze spojrzenia się zetknęły, a ja byłam bardziej skrępowana, niż przed szkolnym przedstawieniem w drugiej klasie podstawówki.
- Przepraszam - powiedział cicho, przykładając swoją głowę do mojej. Jego oczy były zamknięte, a czoło zmarszczone, jakby dzięki temu bardziej skupiał się na tym, co mówi - Tak bardzo cię przepraszam.
Ułożyłam dłoń na jego ramieniu, odsuwając go ode mnie szybkim ruchem. Spojrzałam prosto w jego oczy, w których kryła się zakazana miłość do młodej dziewczyny, którą jeszcze niedawno mógł nazywać swoją przyjaciółką. Przetransportowałam rękę prosto na jego policzek, złączając nasze usta w namiętnym pocałunku, pełnym goryczy i pożądania. Zapach jego perfum mieszał się z zapachem papierosów, co jeszcze bardziej mnie pociągało.
Z każdą sekundą pocałunek stawał się coraz bardziej intensywniejszy i zapewne trwałby dłużej, gdyby nie kamień, który trafił w ogrodzenie i narobił trochę hałasu. Rozejrzałam się dookoła, starając się zobaczyć choćby jakiś cień osoby, która go rzuciła, lecz bez odpowiedniej runy nie mogłam zobaczyć nic. Przymrużyłam oczy, gdy oślepił mnie jasny blask zza jakiegoś drzewa. Spojrzałam szybko na Jace'a, chcąc uzyskać zgodę na urwanie się z imprezy, lecz gdy tylko ten skinął głową, a ja miałam już przeskakiwać przez dość niski płot, usłyszałam z oddali swoje imię.
- Och, tutaj jesteś - rzekła Maryse z tą samą miną, co zwykle - Pani Inkwizytor chciała się z tobą zobaczyć.
Co do chuja? - pomyślałam, spoglądając ukradkiem na Jace'a.
- Wybacz - zaczęłam, wyciągając do przodu rękę na znak, by się obie zatrzymały - Rosalie - przekręciłam głowę o 45°, uroczo się przy tym uśmiechając - Ale będziemy musiały przełożyć to spotkanie na inny termin - powiedziałam i pociągnąwszy za sobą blondyna przeszłam przez bramę na drugą stronę ogrodzenia.
- Jace - zaczęłam powoli, silniej ściskając jego dłoń - Mogę cię o coś prosić?
- A jak myślisz?
- Zostań tutaj, dobrze?
- Clary, nie...
- Wszystko będzie dobrze, poradzę sobie - przerwałam mu, zanim zaczął swoją gadkę, jak to bardzo jestem niedoświadczona w nocnych poszukiwaniach.
- Ale...
- Proszę.
Usłyszałam ciche westchnięcie chłopaka, co zapewne oznaczało poddanie się jego twardej strony.
- Uważaj na siebie - lekko musnęłam jego wargi, po czym pobiegłam w głąb lasu.

Perspektywa Jace'a:
Choć długo się zastanawiałem, czy iść za Clary, jednak zdecydowałem się zawrócić. Ominąłem szerokim łukiem Maryse, a następnie Rosalie, po czym dołączyłem do Isabelle.
- Hej - opadłem na krzesło obok niej, biorąc pierwszy lepszy kieliszek do ręki.
- Hej - odpowiedziała zaskoczona moją nagłą obecnością - Nie jesteś z Clary?
- Nie jesteś z Simonem?
Spojrzeliśmy na siebie jak na ostatnich pojebów, po czym wzruszyliśmy ramionami i upiliśmy łyk Krwawej Mary. Mimo tego, że muzyka miała swoje rytmy, przez które trudno było mi się skupić nad samym sobą, wciąż myślałem o Clary. Pojawiła się przypadkiem i nie chcę, żeby przypadkiem odeszła przez moją nieuwagę i niezdrowe myślenie. Tak strasznie się o nią boję, pomimo tego, że jest doświadczoną Nocną Łowczynią i pomimo tego, że zrobiła ze mnie strasznego mięczaka. Właśnie pomimo to ją kocham, bo to ona mnie tego nauczyła. To ona nauczyła mnie kochać i być odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale i za tych, na których mi cholernie zależy i których za nic w świecie nie chciałbym stracić. Po stracie parabatai, gdzie wciąż czuję pustkę w sercu, nie mogę sobie pozwolić na żaden błąd z mojej strony.
"[...]I wanna kiss you, make you feel alright
I’m just so tired to share my nights
I wanna cry and I wanna love
But all my tears have been used up..."
Nie mówiąc o niczym Isabelle błyskawicznie ruszyłem przed siebie, nie wiedząc tak naprawdę dokąd zmierzam. Wyszedłem z lokalu, by odetchnąć trochę świeżym powietrzem, bo wewnątrz, mimo tego, że wszystko odbywało się w ogródku, po prostu nie było do niego dostępu ze względu na tłum szalejących ludzi i wysokie ciśnienie podwyższone przez naszą drogą Inkwizytorkę.
Mijałem masę nieznanych mi ludzi. Tak naprawdę pierwszy raz mogłem popodziwiać ich przygnębione twarze, nieświadome tego, w jakim niebezpieczeństwie się znajdują. Wcześniej nie miałem na to najzwyczajniej czasu, nie mówiąc już w ogóle o wychodzeniu z Instytutu, by najnormalniej w świecie się przejść.
Wyciągnąłem słuchawki z kieszeni spodni, wkładając je potem do uszu. Odwinąłem kabelek, sprawnie podłączając jacka do telefonu. Zacząłem ruszać głową równie z tempem grającej muzyki, jakby mocne dźwięki wprawiły moje ciało w stan dzikiej frenezji. Błądziłem ulicami Nowego Jorku, podziwiając Brooklyn z każdej jego strony. Nawet jeśli słońce od kilku godzin kryło się za horyzontem, a na niebie widniał księżyc w pełnej okazałości, miasto tętniło życiem jak jeszcze nigdy dotąd. Drogi, oświetlone przez tutejsze latarnie, by dziury i pęknięcia były jeszcze bardziej widoczne dla oczu straży miejskiej, ciągnęły się w nieskończoność, przez co jeszcze dłużej zapatrywałem się w miejski krajobraz. Im dłużej tutaj jestem, tym szybciej chcę się stąd urwać.
Cały Brooklyn aż poci się od ilości klubów. Nie, żebym wybrzydzał te lokale, gdzie striptiz i seks za pięć dych jest na porządku dziennym - nie, absolutnie. Ale to, że tyle lasek, które spokojnie mogłyby mieć każdego, a zwłaszcza tych bogatych playboyów, których szukają stanowczo mi nie odpowiada. Pamiętam, jak dwa lata temu miałem przygodę z jedną z brooklyńskich prostytutek, żeby nie powiedzieć dziwek. To, że zjebały sobie przyszłość nie jest totalnie moją sprawą.
Christina była wysoką, śliczną i zgrabną brunetką. Jej ego, podobnie jak moje, przewyższało ją o połowę. Oczy, co prawda małe, ale o bardzo charakterystycznym odcieniu brązu uważała za najważniejszy i najbardziej podniecający facetów detal. Przygoda na jedną noc, tak, ale jak widać nadal ją pamiętam i myślę, że pozostanie mi w głowie przez bardzo długi czas. A szkoda, bo to, że facet, zwłaszcza taki jak ja, puszcza się podobnie jak większość modelek na lewo i prawo kompletnie nie jest w moim typie i nigdy nie było. To, że alkohol w połączeniu z papierosami i kokainą tak na mnie podziałał dał mi tylko cenną lekcję, bym na przyszłość bardziej uważał, co biorę do mojego pustego ryja.
Zagryzłem wewnętrzną stronę policzka, przypominając sobie o zdarzeniu sprzed dwóch lat. Moja naiwność i głupota czasem nie znają granic, ale wtedy przekroczyły jej próg o bardzo dużą skalę, co wcale mi nie odpowiadało.
Przechodząc ulicą, która nie należała do tych zadbanych, skrzywiłem się, gdy tylko zobaczyłem trzech napakowanych i szukających problemów facetów. Widać, że nawet tutaj, w jednym z najspokojniejszych zakamarków Nowego Jorku znajdą się tacy, jak oni, potocznie nazywani gangsterami i tymi, którzy mają wyjebane w zasadzie na wszystko. W sumie byśmy się nawet dogadali, oni też mają własne, twarde prawo, ale prawo, którego należy przestrzegać. Co z tego, że w pierwszym punkcie zapewne mają wypisane to, jak mają traktować policjantów, którzy akurat zechcą sprawdzać okolicę, w której legalnie przesiadują.
- JP na 100%, prawda chłopcy? - jęknąłem sam do siebie, przechodząc obok tych goryli.
Jeden gruby, drugi gruby, trzeci gruby, a gdzie kurwa czwarty? Przecież sami nie dadzą rady zatarasować przejścia, dzięki któremu z łatwością można skrócić drogę.
Sprytnie się obok nich przecisnąłem, na szczęście nie dotykając żadnego z nich choćby opuszkiem palca. Choć z drugiej strony wątpię, by coś poczuli. Taka kupa tłuszczu i mięsa nie zareagowałaby nawet na to, gdyby ktoś mu wyjebał z łokcia lub rzucił darmową szynkę pod nos.
Minąwszy pobliski sklep monopolowy skręciłem w prawo, znów mając przed oczami lokal, w której z tego co widać nadal trwa impreza. Nie sądziłem, że powiedzenie "Tylko ich spuścić z oczu..." sprawdzi się w moim wypadku. Nie było mnie przez dosłownie kilkadziesiąt minut, a ci już zdążyli owinąć cały budynek papierem toaletowym.
- Witamy z powrotem - powiedziały dwie, półnagie kobiety, które ewidentnie ktoś musiał wynająć, żeby stały tu jak wieszaki. W sumie dużo im nie brakuje, by przybrały taką formę, prawda?

Perspektywa Isabelle:
Impreza powoli zbliżała się do końca, co można było poznać po gościach i ilości alkoholu w ich krwi. Coś czuję, że Faerie nie przyjęły tego dobrze, bo jako jedyna rasa obecna na przyjęciu wyszły po zaledwie kilku opróżnionych do pełna kieliszkach.
- Iz - usłyszałam znajomy głos, który swoją drogą był strasznie zniekształcony - Wiesz może, dlaczego mam połamany telefon?
Blondyn wyciągnął z kieszeni kilka metalowych części smartfona, trzymając je na otwartej dłoni, bym mogła bezpośrednio na nie spojrzeć, co i tak uniemożliwiły mi jego dzikie drgawki.
- Jace, rzucałeś nim jak ostatni idiota.
- Pierdolisz...
Pokręciłam zażenowana głową, przewracając oczami, bo jedynie na taki gest mogłam się zdobyć.
- Dlaczego? - dodał, siadając przy stole, który właśnie miałam odnieść do sali. Ten chłopak wszystko mi uniemożliwia...
- Stary, włączyłeś tryb samolotowy i krzyczałeś "transformacja dziwko"... - skrzyżowałam ręce na piersi, czekając na jego odpowiedź.
- Kurwa - jęknął, upijając łyk wody - Wiedziałem, żeby zostać z Azorami.
- Azorami? - uniosłam pytająco brew w górę.
- Wiesz, takie grube kupy mięsa, które zwykle stoją na skrzyżowaniu obok monopolowego.
Zaśmiałam się, kręcąc głową.
- Ale dlaczego akurat "Azor"? - westchnął.
- Założę się, że gdybym tylko podał im jakiś kawał mięcha od razu by się na niego rzucili.
Wiedziałam, że Jace ma głowę pełną pomysłów, ale nigdy nie widziałam u niego tyle entuzjazmu i kreatywności w jednym. Zwykle nie łączył tych dwóch cech w jedno, ale ostatnio wszystko robi na odwrót, nie mówiąc już o noszeniu ubrań na tzw. 'lewej stronie'.
- Idź się zdrzemnij, może zdążysz jakoś wytrzeźwieć przed wyjściem do domu - objęłam go od tyłu wokół szyi, nie dając mu możliwości odsunięcia się ode mnie. Musnęłam delikatnie jego policzek, od razu mieszając się na wyczuwalny odór alkoholu i papierosów.
- Dzięki, Iz - jego ton przybrał zupełnie inną barwę niż poprzednio, co nie tylko podniosło mnie na duchu, ale też spowodowało uśmiech na mojej bladej twarzy.
Wbiegłam po schodach na górę z zamiarem włożenia walających się wszędzie sterty naczyń do zmywarki. Wcisnęłam mały przycisk uruchamiający działanie maszyny, po czym przeszłam z kuchni do recepcji, chcąc opłacić rachunek za wczorajszy wieczór, który swoją drogą kosztował mnie mniej niż myślałam, a to oznaczało, że za resztę oszczędności mogę iść swobodnie na zakupy w galerii handlowej, używając nie tylko pieniędzy, ale i też mojej nowej, złotej karty. Ach, złota karta, która po dodaniu odpowiednich środków przynosi więcej zysku niż strat. Spokojnie mogłabym wykupić wszystkie ubrania najlepszej jakości z najlepszych marek, lecz wolałabym nie zmieniać się w typowe gwiazdy Hollywood.
Wróciłam do kuchni nie tylko myślami. Usiadłam przy stole, bacznie obserwując elektroniczny zegarek wbudowany w piekarnik. Każde jego mignięcie oznaczało, że zbliża się czas na wyjęcie porcelanowych naczyń ze zmywarki, która swoją drogą już dawno zakończyła swoją robotę. Powoli i ostrożnie, z widocznym skupieniem na twarzy, co charakteryzowały przymrużone oczy, wyciągnęłam czyste i suche talerze wraz z sztućcami, odkładając je bezpiecznie na blat, skąd pewnie przejdą do osobnych i wyznaczonych przez recepcjonistkę szaf i szuflad.
Podeszłam do dużego okna, z którego miałam widok na cały ogród, a także na to, co dzieje się poza jego granicą. Daleko za uroczym, brązowym ogrodzeniem była masa drzew rosnących jeden obok drugiego, tworząca w ten sposób mały zagajnik, a także odseparowaną od rzeczywistego świata spokojną sferę, gdzie bez problemu można by było posiedzieć w zaciszu i poczytać jakąś dobrą lekturę.
Ale prócz tego, gdzieś dalej, może być jakaś tajna korporacja, o której nie wie nikt prócz jego uczestników i zarządców, tworząca jakieś podejrzane kopie mające na celu stworzenie nowych marionetek Strażnika?
W jednej chwili wszystko stało się szare, a to, co było niewidoczne dla ludzkiego oka nagle przybrało jaskrawą barwę pozwalającą na poznanie genezy i kształtu danego obiektu, co w tym wypadku było zwykłym, bezbronnym jelonkiem.
Ale zaraz... Jeleń w Nowym Jorku?

Perspektywa Simona:
Siedziałem skulony na łóżku, cicho popłakując w poduszkę. Jeszcze niedawno wszystko było inne, gdyby nie te pierdolone narkotyki w Pandemonium, które dał mi ten frajer. Pamiętam to, jakby to było wczoraj, co w zasadzie spełnia te kryteria.
Głośna muzyka, która zagłuszała każde jego słowa, przez co z każdą chwilą musiałem się do niego zbliżać i brak świeżego powietrza, dzięki czemu czułem się jak kilka lat temu podczas pobytu na wakacjach, gdzie od tak odcięli dopływ tlenu w bańce, w której świetnie się bawiłem.
- Bierzesz, albo idziesz sobie trochę odetchnąć na zewnątrz i kurwa nie wracasz tu już nigdy więcej - warknął przez zaciśnięte zęby, trzymając w dłoni małą paczuszkę.
Włożyłem ręce w kieszenie dżinsów, odwracając się niechętnie bokiem do towarzysza, co najwidoczniej uznał za zniewagę, gdyż natychmiast cisnął mną w kąt tak, że moje plecy zderzyły się z lodowatą ścianą.
- Głuchy, czy głuchy? - zaśmiał się, podnosząc mnie kilka centymetrów w górę za kołnierz koszuli, odbierając mi w ten sposób cały zapas powietrza, jaki tylko miałem w płucach. Nerwowo sięgnąłem rękami w górę, by w jakiś sposób postarać się poluzować wyimaginowany węzeł, lecz diler, z którym miałem do czynienia mi na to nie pozwolił i jeszcze bardziej docisnął mnie do ściany. Błagałem Razjela o każdy kolejny oddech, lecz nie sądzę, żeby mógł spełnić moje oczekiwania i od tak pozbyć się ciężaru, który coraz bardziej zaciska się wokół mojej szyi.
- Spokojnie, Łowco - a więc wie, kim jestem - Nie mam zamiaru zrobić ci krzywdy.
Nie? - spytałem siebie w myślach, co i tak było ciężkie z silnym uściskiem dookoła karku.
- Nie przed zapłatą - dodał, śmiejąc się wniebogłosy, co swoją drogą było trochę komiczne.
Odstawił mnie z powrotem na ziemię, a ja, nie mogąc utrzymać równowagi, padłem na kolana, dławiąc się własną śliną. W tle, poza moim nagłym atakiem kaszlu i przekrzykującą wszystko muzyką, słyszałem śmiech jednego z dwójki mężczyzn, którzy nadal mają w planach wciśnięcie mi tego świństwa.
- No już, to ci powinno pomóc - powiedział brunet, schylając się nade mną i wstrzykując mi coś do żyły.
Dopiero teraz zauważyłem jego przekrwione, pełne zawiści oczy i ostre pazury oraz kły wysuwające się na zewnątrz. Mężczyzna oblizał swoje wargi, po czym wpił się w moje ramię, z którego nadal sączyła się krew.
- Pan będzie zadowolony - skwitował drugi, który jak gdyby nigdy nic obserwował całe zajście z założonymi rękami.
Zaraz po tym, gdy brunet raczył się ode mnie odsunąć i zabierając ze sobą swojego kolegę po prostu odejść i zostawić mnie w spokoju, cisnął małą paczuszką prosto we mnie, dodając coś w swoim języku.
- To jest reszta ze strzykawki - puścił mi oczko, po czym odwracając się tyłem do mnie, dodał: Dobrej zabawy!
Widać, że nie tylko Jace ma skłonności do przekraczania bariery własnej głupoty. Co mnie kurwa podkusiło, żeby w ogóle wejść do klubu, gdzie aż roi się od demonów, które tylko czekają na takiego wyrzutka jak ja?
Gdzie nie stanę, tam zawsze czekają mnie albo problemy, albo kłopoty, co w zasadzie się pokrywa. Teraz pozostaje mi tylko czekanie, aż mój organizm zacznie świrować i stanę się prawdziwą maszyną do zabijania, którą i tak już byłem, zanim w ogóle się urodziłem lub proszenie o pomoc przyjaciół, których w każdej chwili mogę skrzywdzić, nawet o tym nie wiedząc.
Przed oczami miałem nie tylko mroczki, ale także poszczególne zdania i wyrazy z książki, którą jakimś cudem udało mi się odnaleźć w zakamarkach instytuckiej biblioteki.
"stan umysłu, który niszczy i rozrywa od środka..."
"oczy, które stają się czarne i mgliste..."
"zęby - wydłużają się, jak kły... zaostrzają końcówki, dzięki czemu wyglądem przypominają sople lodu..."
"ciało... rozciąga się, a skóra napręża się pod naporem rosnących kości"
"właśnie tak zaczyna się przemiana..."
- Kurwa - jęknąłem, łapiąc się za głowę i silnie zaciskając palce - Kurwa, kurwa, kurwa.

___________________________________________________________________________________________
Sprawy nieco się skomplikowały, a nawet zaszły za daleko, prawda?
Jak myślicie, czy Simon postąpi właściwie i wyjawi swój sekret przyjaciołom, czy może zachowa to dla siebie i nie będzie naruszał nigdy więcej strefy Instytutu, by nie narażać nikogo na niebezpieczeństwo, które on sam może wywołać?
A Clary - czy uda jej się odszukać to, za czym, lub też za kim w pogoń wyruszyła, urywając się z imprezy przyjaciółki i znieważając obecność Inkwizytorki?

Swoją drogą dziękuję bardzo za 12.000 wyświetleń. Dwa tysiące to spora liczba, jeśli chodzi o nabyte wyświetlenia w ciągu miesiąca braku odzewu z mojej strony, za co jak wiecie serdecznie przepraszam :)
Miłego dnia, misie!

niedziela, 28 lutego 2016

[9] "Byłam w jednej, wielkiej pułapce"

Perspektywa Clary:
Siedziałam na brzegu łóżka, spoglądając na śpiącą Isabelle. Delikatnie położyłam dłoń na jej ramieniu, zjeżdżając powoli w dół i zatrzymując się na jej nadgarstku, który po chwili zacisnęłam w ręce. Uśmiechnęłam się przez łzy, uświadamiając sobie, jak bardzo jest dla mnie ważna. Gdy tutaj trafiłam, z początku tylko ona mnie akceptowała, mimo moich licznych potyczek.
- Musisz coś zjeść - powiedział spokojnym, łamiącym się głosem Jace, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Nie jestem głodna - odchrząknęłam, przecierając wierzchem dłoni oczy.
Choć go nie widziałam, mogłabym przysiąc, że jego wyraz twarzy nie jest teraz za ciekawy.
- Proszę... - wyszeptał, a ja jeszcze bardziej się rozpłakałam.
- Chcę ją mieć przy sobie.
Nastąpiła chwila ciszy, którą przerywało tylko tykanie zegara i nasze głębokie oddechy. Mój wzrok błądził po pokoju, nie zatrzymując się na niczym. Kreśliłam niewidzialne ósemki w powietrzu, próbując zabić czas.
- Dlatego zostawię was same - powiedział i jakby nigdy nic...wyszedł.
Chciałam iść za nim, ale nie mogłam się na to zdobyć. Czułam, że muszę być teraz przy Izzy, choćby nie ważne co się działo.
Wstałam, podchodząc do okna. Na zewnątrz było chłodno i wilgotno, słońce próbowało przedrzeć się przez gęste chmury i mgłę, jakby chciało dać znak, że żyje. Pędzące samochody jak zwykle stały w ogromnym korku, a kierowcy pojedynczo wychodzili z aut, krzycząc na siebie nawzajem. Ludzie śpieszący do pracy mijali się, spoglądając w dół. Krzyki bawiących się dzieci dochodziły do moich uszu w szybkim tempie, tak jak później je opuszczały. Moja głowa była pełna pytań i myśli, na które nie mogłam znaleźć racjonalnej odpowiedzi. To wszystko było jakieś dziwnie prawdziwe. Codzienna rutyna, której za nic w świecie nie można było przerwać.
- Clary - usłyszałam cichy, znajomy głos. Natychmiast odwróciłam głowę w kierunku dziewczyny, siadając przy niej równie szybko.
- Jak się czujesz? - spytałam, znów trzymając w ręce jej wychudzoną dłoń.
- Lepiej, niż kiedykolwiek. Chociaż strasznie napierdala mnie głowa...
- Zawołam Jię - szybko wstałam, lecz ta mnie zatrzymała delikatnym pociągnięciem ręki.
- Nie, proszę.
- Och, nie wygłupiaj się - wyrwałam się jej, wybiegając z pokoju i wciąż zadając sobie pytanie, czy właściwie postąpiłam...
____________________________________________________________________

- Co z nią? - spytałam, pośpiesznie wstając z kanapy i nadal bawiąc się palcami.
- Podałam jej właściwe leki, dlatego też ból głowy powinien niedługo ustąpić. W każdym razie nie musicie się o nic martwić, Izzy niedługo dojdzie do siebie.
- Jesteś tego w 100% pewna, tak? - spytał arogancko Jace.
Jia spojrzała na niego wymownie, po czym szybko opuściła Instytut.
- No co? - spytał, gdy zobaczył mój wzrok na sobie - Nigdy jej nie lubiłem.
Pokręciłam rozbawiona głową, idąc dalej korytarzem.
- Nie idziesz odwiedzić Izzy? Przecież ta baba, która spokojnie mogłaby być moją babcią mówiła, że jest wszystko ok.
- Tak, ale w zwyczaju mam odwiedzać chorych z czymś do schrupania, a poza tym... - rzuciłam w jego stronę srebrnym widelcem - wyrażaj się.
- Widelcem?! - krzyknął oburzony - Jaka patola...
- Och, spokojnie - podeszłam bliżej niego z tacą owoców - Następnym razem rzucę łyżką - zmierzwiłam mu włosy i poszłam dalej.
- Nie lepiej od razu nożem?
- Faktycznie! Miałabym święty spokój! - zaśmiałam się, szturchając go lekko ramieniem.
Wsunęłam jedną nogę w szparę drzwi, pomagając tym sobie je otworzyć. Już po chwili ujrzałam brunetkę siedzącą po turecku na jednym ze szpitalnych łóżek i rozmawiającą z Simonem. Gdy tylko podeszliśmy bliżej, natychmiast przerwała. Była wyraźnie speszona, zdradziły ją zaczerwienione poliki.
- Powinniśmy o czymś wiedzieć? - spytałam, odkładając tacę na stół.
- Nie wiem o czym mówisz - unikała tematu, dlatego nie zamierzałam jej dłużej męczyć.
Całe dwie godziny w ogóle się do siebie nie odzywali. Nawet nie spojrzeli sobie w oczy. Ich zachowanie strasznie mi się nie podobało... Najpierw ten dziwnie znajomy zapach w pokoju Isabelle, a teraz to?
- Clary - rozmyślenia przerwał mi głos Jace'a.
- T-tak?
- Pytałem, czy nie poszłabyś ze mną na spacer...
- Spacer... tak. Tak, jasne.
- Wszystko ok? - zmartwił się Simon.
- Oczywiście. Czuję się zajebiście dobrze.
Co jak co, ale na aktorkę to ja się nie nadaję.
- No to chodźmy - ujęłam dłoń Jace'a, po czym wyszliśmy ze skrzydła, zostawiając dwójkę naszych przyjaciół samych. Blondyn pomógł mi założyć beżowy płaszcz, po czym bez wahania poprowadził mnie do wyjścia z Instytutu.

Perspektywa Jace'a:
Spacerowaliśmy w ciszy, patrząc na swoje buty. Gałęzie drzew kołysały się, jak wiatr im zagrał, a błysk gwiazd odbijał się w tafli jeziorka. Włosy rudowłosej błądziły dookoła jej głowy, wprawiając ją z dziki trans ich ciągłego poprawiania.
- Clary, co się dzieje? - zdecydowałem się ponowić pytanie.
- Nic, Jace. Nic.
- Jesteśmy sami. Przecież możesz mi powiedzieć - nalegałem, lecz tym razem nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Westchnąłem, zdejmując rękę z jej bioder i wkładając ją do kieszeni. Usłyszałem ciche wypuszczenie powietrza z ust, co mogłem uznać za jej reakcję.
- Och, ta cisza doprowadza mnie do szału - warknąłem, sprawiając, że dziewczyna się zatrzymała. Natychmiast zacisnąłem dłoń wokół jej chudego ramienia, przyciągając ją do siebie. Nie zważając na nic, złączyłem nasze usta w pocałunku, który z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej namiętny.
Gdy w końcu się od siebie oddaliliśmy, ponowiłem pytanie, zresztą po raz 3 dzisiejszego dnia.
- To wszystko jest jakieś dziwne, nie uważasz?
- Co dokładnie? - nie rozumiałem sensu jej pytania, a domyślić się, co jej chodzi po głowie było jeszcze trudniej.
- Oni, Jace. Simon i Izzy. A głównie ich zachowanie. Nie widzisz tego?
- To prawda, że ostatnio zachowują się jakoś inaczej w stosunku do siebie, ale nie powinniśmy w to brnąć.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Daj. Sobie. Spokój - pochyliłem się nad nią, kładąc obie ręce prosto na jej ramionach i patrząc centralnie w jej oczy.
- Och, łatwo ci mówić... - próbowała się odwrócić, lecz ciężar spoczywający na jej barkach jej to uniemożliwił - Zdecydowanie zbyt łatwo.
Uśmiechnąłem się głupio, przekrzywiając głowę o jakieś 45°.
- Nie wiem jak ty, ale ja bawię się zajebiście dobrze - zaśmiałem się, zniżając głowę tak, aby była na równi z jej głową.
- Nie wiem jak ty, ale przy tobie nie umiem bawić się źle.
- Nie wiem jak ty...
- Skończ - zaśmiała się, kładąc dłoń na moim torsie i popychając mnie do tyłu. Moje plecy zderzyły się z zimną ścianą, tworząc delikatne prądy na moim ciele. To było ostatnie, co poczułem przed rozgrzewającym mnie od środka pocałunkiem dziewczyny. Przejąłem władzę nad jej ciałem sprawiając, że teraz to ona była przyciśnięta do muru. Zacząłem kreślić dzikie pocałunki na jej szyi, zdając sobie sprawę, że na tym dzisiaj skończymy. Mimo tej myśli nie przestawałem wykonywać chaotycznych ruchów w okolicy jej bezbronnych ust.
- Kurwa, co ty ze mną robisz... - szepnąłem, lecz nie dałem jej szansy na jakąkolwiek odpowiedź. Ułożyłem dłonie pod jej tyłkiem, podnosząc w górę. Sprytnie i zwinnie owinęła swoje nogi dookoła moich bioder, powodując tym przyjemne prądy na moim ciele. Szybkim ruchem podwinęła moją koszulkę, błądząc ciepłymi dłońmi po moich plecach. Zagryzłem delikatnie jej dolną wargę, dzięki czemu jej paznokcie wbiły się w moją skórę, zapewne zostawiając zabawne ślady.
- Wybacz - szepnęła między pocałunkami.
Jęknąłem cicho, przerywając całą, niezręczną dla przypadkowych przechodniów, sytuację.
- Powinniśmy wracać?
- A chcesz?
- Jeśli dokończymy to co zaczęliśmy w łóżku... tak.
- Idiota - szturchnęła mnie ramieniem, po czym razem wybuchnęliśmy śmiechem i przytuleni do siebie wróciliśmy do Instytutu.

Perspektywa Izzy:
Księżyc rzucał cień na jedną ze ścian szpitalnego skrzydła. Simon spał, uroczo skulony w kłębek. A ja przeglądałam internet w telefonie, czytając zabawne opowieści przypadkowych użytkowników i czekając na powrót Jace'a i Clary. Odkąd Alec nie żyje wolę nie zasypiać, kiedy wszystkich nie ma w Instytucie...
Nagle usłyszałam dziwne stukanie, jakby ktoś pukał do drzwi.
- Kurwa, przecież mają przy sobie stele... - jęknęłam cicho, by nie obudzić śpiącego bruneta. Wstałam z łóżka, podchodząc cicho do drzwi wejściowych. Zerknęłam przez wizjer, lecz nawet to nie pomogło mi dojść do tego, kto stoi na zewnątrz. Jeśli w ogóle coś tam jest...
Westchnęłam, przewracając oczami. Sprawnie ruszyłam ręką, odkluczając zamki w drzwiach. Gdy tylko to zrobiłam, usłyszałam ciche śmiechy dochodzące zza ściany.
- Halo?! - krzyknęłam, z lekka przerażona - Dobra, pośmialiście się, haha, to było naprawdę dobre, ale może już wyjdziecie, co?!
Gdy odpowiedziało mi totalne echo, ponowiłam próbę uzyskania jakiegoś kontaktu.
- Hej! Mówię serio, było śmiesznie, ale teraz to przesada! - westchnęłam, cofając się do tyłu - Okej! Będziecie tam marznąć, czaicie?! - i zamknęłam za sobą drzwi. W jednej chwili żałowałam, że się odwróciłam, gdyż przede mną wyrósł ogromny demon, kształtem przypominający Sallosa. Krzyknęłam, przewracając komodę, by utrudnić mu pościg za mną. Szybko pobiegłam korytarzem prosto, wpadając do skrzydła, w którym nadal leżał Simon. Zamknęłam za sobą drzwi, uniemożliwiając demonowi dostanie się do środka. Miałam dodatkowe kilka sekund na obudzenie bruneta i wyrwanie się stąd tylnym wyjściem, bo od jakiegoś serafickiego ostrza dzieliło mnie jakieś kilkanaście metrów.
- Simon! - krzyczałam, szturchając przyjaciela. Z każdą kolejną próbą dostania się Sallosa do środka byłam bardziej spięta i przerażona - Simon!
Gdy chłopak nie reagował ani na słowa, ani na gesty, próbowałam go jakoś zepchnąć, lecz jedyne co udało mi się zrobić to przewrócenie go na bok. Simon ani drgnął, był sztywny jak... trup. Dopiero wtedy połączyłam wszystkie wnioski w całość, ale było już za późno. Sallos dostał się do skrzydła, blokując przejście. Byłam w jednej, wielkiej pułapce. Z każdym jego krokiem czułam, jak rozrywa moje ciało na kawałki.
1...2... 3...
Wydałam z siebie ostatni krzyk, kiedy demon rozerwał mnie na pół...
______________________________________________________________________

Obudziłam się cała spocona. Rozejrzałam się na boki, przykładając sobie potem dłoń do czoła. Westchnęłam głęboko, wstając z łóżka i podchodząc do zbiornika z wodą. Tak szybko, jak szklanka została napełniona, tak szybko stała się pusta. Podeszłam do szafy z zamiarem wybrania czegoś do przebrania, bo to, co miałam na sobie było mokre od łez i potu. Porwałam w ręce czerwono-czarne spodnie w kratę, białą koszulkę i czarną marynarkę na zatrzask, zakładając wszystko na siebie. Rozczesałam swoje włosy, chcąc związać je w niskiego kucyka, lecz wtedy cały urok dzisiejszej stylizacji poszedłby się jebać. Zostawiłam je opadające swobodnie na ramiona. Dobrałam jeszcze odpowiednią biżuterię i szpilki, po czym zeszłam do kuchni. Zaparzyłam sobie gorącej herbaty, popijając ją z umiarem. Miałam oczy szeroko otwarte, choć mimo to każde skrzypnięcie szafki dawało mi powód do wyrwania sobie wszystkich włosów.
- Hej - podskoczyłam ze strachu, wylewając kilka kropel napoju z filiżanki - Spokojnie, to tylko ja - zaśmiał się brunet.
Chyba muszę się bardziej przygotować na wyzwania, jakie ma zamiar mi zafundować dzisiejszy dzień...

Perspektywa Simona:
- Hej - podskoczyła ze strachu, wylewając kilka kropel napoju z filiżanki - Spokojnie, to tylko ja - zaśmiałem się. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego, więc postanowiłem natychmiast wyjść z pomieszczenia. Po drodze chwyciłem w rękę jabłko, cicho pogwizdując.
- A coś ty taki zadowolony? - spytała Clary.
- Och, nie zauważyłem cię - odchrząknąłem.
- Wszystko ok?
- Jak zawsze, Clary - pogłaskałem ją po policzku, po czym ruszyłem dalej, kierując swoje cztery litery do biblioteki. Usiadłem przy pierwszym lepszym biurku, wpisując w wyszukiwarkę "Demonopedia". Oczywiście Przyziemny internet nie pomógł mi w znalezieniu informacji, ale za to obok miałem swoje wierne przyjaciółki - książki. Odszukałem tą odpowiednią, usiadłem wygodnie w fotelu i zacząłem czytać.
"Głowna geneza powstania demonów jest nieznana. Można je spotkać w każdej części piekielnej otchłani, począwszy od tych najpłytszych, a kończąc na najgłębszych, gdzie średnia temperatura sięga nawet do -50°. Wszystko zaczyna się od ludzi nie umiejących przeciwstawić się własnym, nieuniknionym działaniom i pragnieniom. Kiedy nie mogą zaspokoić swojego pragnienia przez wiele dni, opętuje ich duch Strażnika. Duch, który złamie każdego, nawet tego, kto jeszcze całkiem niedawno złożył przysięgę Bogu. Opętany człowiek zabija jak dziki zwierz, bez wyrzutów sumienia, najczęściej tych, z którymi ma lub miał dobre kontakty. A potem posila się ich duszą, wprawiając ofiarę w dziki trans, z którego nie będzie mógł łatwo wyjść. Widziałem to na własne oczy..."
- Co to do cholery, jakaś biografia?!
"Widziałem to na własne oczy, wiele lat temu, kiedy jeszcze nie zaprzedałem duszy Strażnikowi. To niemożliwe do zaspokojenia pragnienie, ten stan umysłu, który niszczy i rozrywa od środka. Właśnie wtedy zaczyna się przemiana. Najpierw dosięga oczu, które stają się czarne i mgliste. Następnie zęby - wydłużają się, jak kły. Zaostrzają końcówki, dzięki czemu wyglądem przypominają ople lodu. Potem ciało. Rozciąga się, a skóra napręża się pod naporem rosnących kości.
Wiele miliardów lat..."
- Okej, tyle informacji mi wystarczy. Dusza, pragnienie wyrządzania zła i ciągłego zabijania, podniecający widok krwi. Oczy stają się czarne i mgliste, zęby się wydłużają i zaostrzają, a ciało rozciąga się pod naporem kości i mięśni. Zapamiętam...
Odłożyłem książkę na miejsce, po czym otworzyłem powoli drzwi. Wychyliłem się zza ściany, spojrzałem w prawo, w lewo, a gdy w pobliżu nikogo nie było, ruszyłem przed siebie dumnym krokiem, znów cicho pogwizdując.

Pytania:
1. Co kombinuje Simon?
2. Czy razem z Iz ma jakąś tajemnicę, o której boi się powiedzieć przyjaciołom?

PS: DZIĘKUJĘ ZA 10K WYŚWIETLEŃ ♥
Jesteście najlepsi ♥

+LBA x2
Za dwie nominacje serdecznie dziękuję Ms. Veronice (jej blog) i Mani Maji (jej blog). Nie sądziłam, że tak szybko doliczę się tylu nominacji, naprawdę dziękuję.

Pytania od Veronici:
1. Do którego bohatera książkowego jesteś najbardziej podobna z charakteru?
Biorąc pod uwagę wszystkie książki, jakie w życiu przeczytałam, a jest ich mało, to sądzę, że najbardziej jestem podobna do Clary.

2. Twój ulubiony sklep?
Ubrania: Reserved
Książki: Empik

3. Lato, jesień, zima czy wiosna?
Jesień i zima.

4. Oprócz danego tematu twojego bloga, co cię zainspirowało do założenia go?
Własny, oryginalny pomysł na historię i chęć podzielenia się z tym światem.

5. Masz swoją/swojego parabatai?
Mam (jej blog).

Pytania od Maji:
1. Dlaczego prowadzisz bloga?
Blog jest moim jednym z głównych "odcięć" od rzeczywistości. Skupiam na nim całą swoją uwagę. Drugim powodem jest to, że moją największą pasją jest pisanie, a że chciałam się tym podzielić ze światem, stworzyłam bloga i zaczęłam po prostu pisać, tak jak wcześniej dla siebie, tak od tamtego momentu dla kogoś.

2. Co cię uszczęśliwia?
Idole, rozmowa z przyjaciółmi.

3. Najlepszy książkowy bohater?
Carolina z "Amore 14". Po prostu uwielbiam tą postać!

4. Najlepsza książka na świecie?
Pragnę nanieść drobną poprawkę: *seria
Dary Anioła, oczywiście.

5. Jesteś ekstrawertykiem, czy introwertykiem?
Introwertyczka.

6. Ulubiony deser?
Wszystko, tylko nie czekolada.

7. Czytasz książki?
Gdy naprawdę znajdę chwilę wolnego czasu - tak, czytam.

8. Do jakiej postaci książkowej jesteś najbardziej podobna?
Patrz wyżej (pytanie 1 u Veronici).

9. Plan na idealny dzień?
Wstanie jak najwcześniej się da, szybkie śniadanie, przejrzenie facebooka itp., spacer, wieczorem książka, pisanie rozdziału i tyle.

10. Ulubiony przedmiot w szkole?
J. polski.

11. Byłaś kiedyś/jesteś zakochana?
Jestem i czasami naprawdę tego żałuję.




sobota, 20 lutego 2016

[8] "[...] będzie trzecią i ostatnią przyczyną tego, jak ciasne liny zacisną się wokół mojej szyi"

Perspektywa Clary:
Walentynki. Maryse, wraz z Robertem, wybrali idealny dzień na pochowanie Aleca. Szkoda tylko, że nie mogą wyczuć ironii w naszych słowach.
Razem z Isabelle byłyśmy na przodach tłumu, prowadząc wszystkich na miejsce pochówku, jakby nadal nikt nie znał drogi do Miasta Kości. Alec był bardzo wpływowym Nocnym Łowcą. Jako najstarsze dziecko Lightwoodów miał dostęp do wszystkiego, a każda zasada, która nawet nie pojawiła się w świetle dnia, była mu znana. Nagle poczułam czyjąś delikatną dłoń na moim ramieniu, ciągnącą mnie do tyłu. Cudem odzyskałam równowagę, stojąc teraz przodem do tajemniczej napastniczki.
- Strasznie za nim tęsknię - powiedziała cicho Alex, kładąc swoją głowę na moim ramieniu.
- On to wie. Jest tutaj, choć go nie widzimy - wtem silny wiatr poruszył gałązkami drzew, tworząc też dreszcze na moim ciele - Właśnie w ten sposób potwierdza swoją obecność.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, a ja objęłam ją ramieniem. Była jakieś dwa centymetry niższa ode mnie, ale to tylko ze względu na mój nagły wzrost w ciągu ostatniego miesiąca i wysokie szpilki.
Dlaczego rodzice Aleca zdecydowali się pochować jego kości po ponad miesiącu od jego śmierci - nie wiem. I chyba nigdy się nie dowiem, bo nie chcę z nimi rozmawiać. Od zawsze traktują mnie ozięble, jakbym była zwykłym wrzodem na dupie. Za to Jace jest w ich oczach prawdziwym aniołkiem. Chłopak, którego przygarnęli, gdy miał jakieś 10 lat, o zupełnie innych więzach krwi, jest dla nich wszystkim, a Isabelle, aktualnie ich jedyne dziecko, traktują podobnie jak mnie. Nie są najlepszymi rodzicami, ale sądzę, że jest to spowodowane masą obowiązków w Idrisie.
- Clary - zaczęła Izzy - Pomożesz mi?
- T-tak, już idę - odebrałam od niej stelę, kreśląc na odpowiedniej czaszce runę niedawno przeze mnie odkrytą. Miała sporo krzywych linii, zakończonych jeszcze większymi łukami. Kształtem przypominała motyla, choć nie miała z nim żadnego związku.
Gdy czubek steli dotknął wcześniej wyrzeźbionego nekrologu, po pomieszczeniu rozbrzmiały głosy przybyłych.
- Ave Atque Vale, Alec Lightwood.
Łzy spłynęły po moich policzkach, gdy tylko zakończyłam swoją pracę.
- Clary? - spytał Jace, wyciągając dłoń w moim kierunku.
- Idź, zaraz do was dołączę.
Skinął głową na zrozumienie, zostawiając mnie samą. Cisza przeszywała moje ciało na wylot, pozwalając łzom na swobodne spływanie po moich policzkach. Dotknęłam dłonią małego nagrobka z jego imieniem i nazwiskiem, pochylając głowę w dół i zamykając oczy.
- Ave Atque Vale, Alec Lightwood - szepnęłam i wyszłam z kapliczki.
_______________________________________________________

Dzień był dziś wyjątkowo pochmurny. Co kilka godzin padał intensywny deszcz, zmniejszając widoczność. Mgła powoli opadała, choć nadal przysłaniała najbliższą okolicę.
- Clary, mogłabyś? - spytała Maryse, podając mi karteczkę. Zaczęłam czytać.
- Mleko, płatki, kukurydza w puszcze, pieczarki, sałata, wino... zgaduję, że mam iść na zakupy, tak?
- Zrobiłabym to za ciebie, ale jestem dziś strasznie zajęta.
A jesteś kiedyś niezajęta? - chciałam powiedzieć, lecz tylko skinęłam głową i posłusznie wzięłam pieniądze z blatu, wychodząc z rezydencji.
Nie byłam w Idrisie od kilku dobrych lat, już nawet zdążyłam zapomnieć, gdzie znajduje się supermarket, więc postanowiłam kogoś spytać o drogę.
- Przepraszam - zaczęłam, zatrzymując przypadkowego przechodnia, a jako że wyglądał na jakieś góra 19 lat, nie zamierzałam mówić mu na 'PAN" - Wiesz może, gdzie jest tutaj jakiś sklep?
- Prosto, potem skręcasz w prawo, w lewo, a potem znowu prosto. Łatwo trafić - odrzekł rozpromieniony. Chłopak miał blond włosy, a jego grzywka przeczesana była na prawą stronę, lekko przysłaniając jedno oko. Jasne oczy dopełniały tylko całokształt. Miał delikatne rysy twarzy, a dołeczki w policzkach sprawiały, że szybciej biło mi serce. Niesamowite, jak jeden, zupełnie obcy chłopak mógł tak na mnie działać. Przysięgam, że gdybym była singielką, zrobiłabym wszystko, by tylko go mieć przy sobie.
Według wskazówek blondyna szybko dotarłam do sklepu. Błądziłam między regałami, szukając odpowiednich składników. Koszyk był praktycznie pusty, a ja zdążyłam już dwa razy obejść sklep. Niemożliwe, że na półkach nie było ani jednej puszki kukurydzy. Zrobiłam jeszcze kilka kółek dookoła sklepu, zdając sobie po chwili sprawę, że ominęłam kilka regałów. Przewrażliwiona odszukałam wzrokiem kukurydzę, kładąc puszkę do koszyka. Ostatnia prosta dzieliła mnie od kasy. Mój wzrok nagle zatrzymał się na znajomej posturze. Czarne spodnie, jasna koszula i ta sama, rozpromieniona twarz. Wymieniliśmy spojrzenia, idąc w swoim kierunku. Otarłam się o jego ciało ramieniem, dzięki czemu przez moje ciało przeszły delikatne prądy. Odwróciłam głowę, by nie stracić go z oczu. Mogłabym przysiąc, że poprzedzał każdy mój ruch. Gdy tylko ja ruszyłam dłonią w górę, by przeczesać nią włosy, on robił zupełnie to samo, dwa razy seksowniej, niż ja bym to zrobiła. To może i dziwne, ale w jego oczach było coś, co nie dawało mi spokoju. Jakbym już go gdzieś widziała, tylko nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Jakby jego rysy twarzy, oczy i uśmiech były mi dobrze znane. I jakby istniało logiczne wytłumaczenie na to, że czuję, jakby między nami była jakaś silna więź.
Stałam nieruchomo, blokując przejście do kasy. Nie biorąc wydanych przez kasjerkę reszty pieniędzy wybiegłam szybko ze sklepu, wciąż odwracając się za siebie, jakbym bała się ponownego spotkania z chłopakiem.
Trącąc ramionami obywateli Idrisu i potykając się co sekundę o nierówne ścieżki w końcu dotarłam pod drzwi rezydencji Lightwoodów. Popchnęłam je ramieniem, wpadając gwałtownie do środka. Westchnęłam, podnosząc z ziemi torby pełne zakupów, kładąc je następnie na blacie.
- Clary, wróć! - krzyknął Robert, gdy wbiegłam na półpiętro - Skoro już byłaś w sklepie, to może je teraz rozpakujesz? - spytał, wskazując podbródkiem na zakupy.
- Och, obawiam się, że ty będziesz musiał to zrobić. Teraz to ja jestem zajęta - puściłam mu oczko i wbiegłam dalej na górę, nie zwracając większej uwagi na jego krzyki i walenie pięściami w stół.

Perspektywa Jace'a:
Usłyszałem ciche pukanie do drzwi, lecz nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, w progu stanęła Clary. Uśmiechnięty wstałem z kanapy, idąc w stronę ukochanej.
- Hej - powiedziałem cicho, całując ją w czubek głowy i tuląc do siebie.
- Mogę cię o coś spytać? - skinąłem głową - Widziałeś ostatnio jakiegoś wysokiego blondyna w mieście? - spytała szybko, przez co nie usłyszałem dokładnie jej pytania.
- Co?
- Czy jest coś, co chciałbyś we mnie zmienić? - spytała, choć miałem dziwne przeczucie, że to nie było to, o co faktycznie chciała spytać.
- Tak - odpowiedziałem szczerze, starając się nie brzmieć arogancko.
- Co takiego? - zaciekawiona spojrzała w górę, prosto w moje oczy.
- Nazwisko.
- A reszta? - schowała głowę w moją klatkę piersiową, jakby bała się uzyskać odpowiedzi.
- Reszta jest idealna - choć nie widziałem jej twarzy, mógłbym przysiąc, że się uśmiecha.
Szybko się od siebie odsunęliśmy, a Clary zasypała mnie kolejnymi pytaniami.
- Kiedy wracamy do Instytutu? Stęskniłam się za swoim łóżkiem - przeciągnęła się, cicho chichocząc i wskakując na kanapę.
- Jutro, kiedy sprawa z Aleciem trochę ucichnie.
- Skąd macie pewność, że jutro już nikt nie będzie o nim gadał? Alec był bardzo wpływowy, jeśli chodzi o Idris.
- Jest 90% szans, że ludzie przestaną plotkować.
- A gdzie pozostałe 10%? - skrzyżowała ręce na piersi, wgapiając się we mnie i oczekując poważnej odpowiedzi.
- Pozostałe 10% to ta denerwująca sąsiadka spod 3 i jej urocze koleżanki - zaśmiałem się, gdy zobaczyłem jej minę. Było warto.
_____________________________________________________________
Siedziałem na kanapie, przeglądając książki z kolorowymi obrazkami i strasznie dużymi literami. Po chwili do pokoju weszła Clary, ubrana w śliczną, różową sukienkę. Jej włosy opadały na ramiona, łaskocząc mnie w przedramię. Zaraz za nią wbiegła mała dziewczynka, na oko 8 lat. Wyglądała na młodszą wersję Clary.
- Tato, tato! - krzyknęła, rzucając się na wolne miejsce obok mnie - Pamiętasz jeszcze, co mi wczoraj obiecałeś? - spytała swoim uroczym głosem, kładąc mi dłonie na kolanach.
Spojrzałem pytająco na Clary, by dała mi jakąś wskazówkę, o co chodzi małej, ale ona również nic nie wiedziała.
- A może trochę podpowiesz tacie? - zaśmiałem się, przerzucając dziewczynkę przez siebie tak, że teraz siedziała na moich kolanach.
- Hał, hał! - krzyknęła, liżąc swoje małe rączki i wytykając co chwilę język.
- Mieliśmy kupić psa? - powiedziałem bardziej do siebie niż do niej, lecz i tak to słyszała.
- Tak, brawo! Punkt dla taty! - zaczęła biegać w koło, wymachując rękoma.
- Brawo, kochanie - powiedziała cicho Clary, muskając delikatnie mój policzek.
- Fuj - zaśmiała się dziewczynka, której imienia wciąż nie znałem - Nigdy nie będę chciała mieć chłopaka - wstrząsnęła się, a zaraz potem znów zaczęła brykać i biegać po salonie.
- Shai, słońce - a więc tak się nazywa - mama też tak mówiła, ale gdy poznała tatę wszystko się zmieniło - Clary podeszła do naszej córeczki, unosząc ją w górę, by ucałować ją w nos.
- A jak poznać, kiedy się zakochujemy? - spytała Shai, przybierając poważny wyraz twarzy.
- Widzisz, kochanie. Z zakochaniem jest jak z gwiazdami na niebie.
- Z gwiazdami? - zdziwiła się dziewczynka.
- Tak, skarbie - zaśmiała się Clary - Gdy zerkniemy nocą na niebo, widzimy miliardy małych punkcików. Ale w końcu po jakimś czasie dostrzegamy, że jedna z nich świeci najjaśniej. Tylko dla nas. Wtedy staje się tą najważniejszą, której poświęcimy swoją uwagę, swoje zainteresowanie. To będzie ta nasza gwiazdka. Tylko nasza - Clary spojrzała na mnie, uśmiechając się od ucha do ucha.
Tu czar prysł, a ja obudziłem się w środku nocy, na fotelu. Nadal z przymrużonymi oczami spojrzałem na zegar. 3:16. Westchnąłem, podnosząc się z miejsca i idąc w kierunku łazienki. Nacisnąłem na przycisk obok drzwi,  które następnie powoli otworzyłem. Oślepiające światło, dzięki któremu jeszcze bardziej zmrużyłem oczy, rozeszło się po pomieszczeniu. Podszedłem do lustra, schylając się do umywalki i myjąc dokładnie twarz wodą. Gdy z powrotem się wyprostowałem, spojrzałem w swoje odbicie. Zauważyłem dziwny cień za sobą, więc natychmiast się odwróciłem, badając wzrokiem okolicę. Byłem sam. Westchnąłem z ulgą, odwracając się znów w stronę lustra.
Moje serce zaczęło szybciej bić, źrenicy się mimowolnie powiększyły, a przez moje ciało przeszły dreszcze. Trząsłem się ze strachu, a krzyk, który z siebie wydałem rozbrzmiewał w mojej głowie.
W lustrzanym odbiciu, zaraz za sobą zobaczyłem Aleca.
Jego oczy były zamknięte.
Klatka piersiowa nie pracowała.
Przez serce przechodziła strzała.
A runa parabatai mieniła się to na biało, to na czerwono, jakby znów była wypalana.
Zasłoniłem ręką usta, nie wierząc w to, co widzę. Wyciągnąłem rękę, by móc dotknąć przyjaciela, lecz jedyne, co po tym zobaczyłem to rozpływająca się w powietrzu postać.
W tym domu dzieją się dziwne rzeczy.

Perspektywa Izzy:
Obudziłam się równo z dźwiękiem budzika. Nadal z zamkniętymi oczami błądziłam ręką w poszukiwaniu magicznego przycisku, który by go wyłączył, lecz gdy go nie znalazłam, wzięłam to przeklęte urządzenie do ręki, uderzając nim kilka razy o nocną szafkę. Uśmiechnęłam się, gdy usłyszałam charakterystyczny dźwięk zepsutej sprężynki.
- Już nie będziesz mnie tak wcześnie budzić, śmieciu - powiedziałam cicho, zdając sobie sprawę, że gadam do rzeczy nieożywionej.
Chciałam ponownie zamknąć oczy i zapaść w głęboki sen, lecz gdy tylko moja głowa zetknęła się z poduszką, przypomniałam sobie, że dziś wracamy do Instytutu. W końcu będę mogła poczuć te cudowne zapachy spalin, zobaczyć te samochody stojące w ciągłym korku i... usłyszeć jutro z rana kolejny budzik, który będę zmuszona zepsuć. Który to już w tym tygodniu? Dziewiąty, dziesiąty?
Usiadłam na brzegu łóżka, ostatni raz się przeciągając, po czym ruszyłam do łazienki z kosmetyczką w ręce. Oparłam się rękoma na umywalce, przeglądając swoją twarz w lustrze. Westchnęłam, odpinając suwak małej saszetki i wyciągając z niej odpowiednie kosmetyki. Po skończonej pracy wyglądałam jak nowo narodzona. Zresztą... tak samo się czułam. Wyszłam z toalety w mojej koronkowej bieliźnie, podchodząc następnie do szafy. Wybrałam czarny kapelusz, koszulę z koronkowymi rękawami, różową, neonową i rozkloszowaną spódniczkę oraz czarne, wysokie szpilki. Założyłam jeszcze rajstopy w kolorze nero, by moja dzisiejsza stylizacja nie była nudna. Całość prezentowała się doskonale.
Spryskałam się na koniec moimi ulubionymi perfumami, po czym zeszłam na dół z walizkami w dłoniach. Ustawiłam je obok różowych toreb Clary, wchodząc do salonu. Przywitałam się z wszystkimi, siadając obok rudowłosej na kanapie.
- Ślicznie dziś wyglądasz - powiedziała, uśmiechając się lekko.
- Ty też - odwzajemniłam uśmiech, oglądając ją z góry na dół, jeszcze raz.
Miała na sobie śliczny, biały wianek i długą, zwiewną sukienkę, oczywiście w tym samym kolorze. Wyglądała tak delikatnie, a cisza była jej dzisiejszym charakterystycznym znakiem. Jej włosy, opadające na ramiona, zupełnie tak jak moje, były lekko pofalowane. Niektóre kosmyki mieniły się w świetle wpadającego przez okno słońca.
Rozejrzałam się po pokoju, zastanawiając się, na kogo czekamy. Nie licząc mnie, obecni byli Jace, Clary, Alex, Robert i Maryse. No tak, mogłam się domyślić, że czekamy tylko na Simona. Zapewne wpadnie tu jak burza z jak zwykle doskonałą wymówką typu "Zaplątałem się w słuchawki i męczyłem się z jakąś godzinę, by uwolnić się z tych kabelków".
Tak, jak myślałam, brunet wpadł to salonu, przewracając dodatkowo regał z książkami.
- Prze-prze-przepraszam - próbował złapać oddech - Byłbym prę-prędzej, ale nie mogłem... znaleźć swojej... swojej wa-wa-walizki-i.
Geniusz. Kurwa, no geniusz - pomyślałam.
Przewróciłam oczami, podchodząc bliżej niego i strącając z jego głowy płatek storczyka.
- I w kwiatkach szukałeś tej walizki? - spytałam, pokazując mu część roślinki.
- Po-podobno trzeba szukać w... naj-najmniej spodziewanych...
- Miejscach - dokończyłam za niego, by go dłużej nie męczyć.
Weszłam do kuchni, nalewając do szklanki zimnej wody. Wróciłam z nią z powrotem do salonu, podając naczynie Simonowi.
- Masz, napij się.
- Po-po co?
- Pij! - krzyknęłam, piorunując go wzrokiem.
Simon, posłuszny niczym baranek, spełnił polecenie, oddając mi pustą szklankę. Położyłam ją na jednej z średniej wielkości szafek.
- Pomogło? - brunet skinął głową, a ja odwróciłam się z powrotem do przyjaciół - Idziemy? Mam dość tego miejsca.
Po pokoju rozeszły się głośne rozmowy, przekładane pojedynczymi dźwiękami. Zabrałam swoje walizki z holu, zaciskając ich rączki w dłoniach. Ucałowałam rodziców w policzki, udając uśmiechniętą. Jako pierwsza wyszłam z rezydencji, obserwując ludzi spieszących do pracy, czy by zaprowadzić swoje dzieci do Akademii. Mijaliśmy się, a ja obserwowałam ich twarze. Podpuchnięte i czerwone oczy podpowiadały, że nie są dziś w dobrym stanie.
- Isabelle - zaczęła Clary, podchodząc bliżej - Co jest?
- Nic - wyrwałam się, gdy tylko poczułam opuszek jej dłoni na swoim ramieniu - Zostaw mnie - i dołączyłam do reszty, stojąc kilkanaście metrów obok.
Męczyło mnie to, że ludzie traktowali mnie jak osobę potrzebującą. Obywatele Idrisu szczególnie się do tego zaliczali. Gdy tylko wychodziłam nocami do Miasta Kości, by pobyć chwilę z bratem, mierzyli mnie wzrokiem. Szeptali do siebie, że to właśnie mnie zginął brat. Słyszałam to. Głośno i wyraźnie.
"Isabelle Lightwood"
"Och, ach to jej zginął brat"
"Nie wygląda dziś dobrze"
"Tak strasznie jej współczuję"
"A więc to w jej rodzinie wydarzyła się ta tragedia".
Miałam tego serdecznie dość.
- Iz! - zawołał Jace - Jeśli nie chcesz tu zostać, powinnaś się pośpieszyć!
Po jego słowach natychmiast zarzuciłam włosami i wbiegłam w kolorowy portal, z którego ulatniała się tona dymu.

Perspektywa Simona:
Poczułem dziwne uczucie, jakbym spadał w niekończącą się przestrzeń. Dookoła mnie była tylko czerń, nic więcej. Po chwili usłyszałem głos mojej rudowłosej przyjaciółki.
- Simon, otwórz oczy - spełniłem polecenie - Żyjesz?
- Tak, chyba tak - odpowiedziałem.
- Twój pierwszy raz, co? - zaśmiał się Jace, klepiąc mnie po plecach i przechodząc dalej.
Rozejrzałem się, dokładnie obserwując okolicę. Te same auta, sklepy, Instytut. Wszystko takie same, ale jednak inne. Inne, bo nie ma z nami Aleca...
To niesamowite, jak wszystko może się zjebać w jednej chwili. Teraz w końcu zrozumiałem, że życie to nie gra komputerowa. Tu nie ma kodów, dzięki któremu możemy być nieśmiertelni. Ten dar otrzymują tylko ci, którzy naprawdę na niego zasłużyli.
Czyli z tego, co się stało - tą osobą niestety nie był Alec...
- Naprawdę nie zostaniesz? - usłyszałem głos Clary, więc szybko odwróciłem głowę w jej kierunku.
- Nie. Miałam tylko się upewnić, że na pewno traficie do Nowego Jorku - uśmiechnęła się Alex, tuląc się następnie z Jace'em i rudowłosą - Na razie, Simon! - krzyknęła, machając do mnie ręką. Zrobiłem to samo, a następnie znów zająłem się obserwowaniem okolicy. Mój wzrok zatrzymał się na Isabelle, wchodzącej na ciągnące się w górę schody Instytutu.
- Isabelle, czekaj! - krzyknąłem biegnąc do niej. Gdy tylko zobaczyłem, jak się zatrzymuje, ulżyło mi. Uśmiechnąłem się, również stojąc w miejscu, by zaraz móc obserwować każdy jej ruch. Ponownie złapałem za walizkę, ciągnąc ją za sobą. Szedłem wolno, nie odrywając oczu od Iz.
-Isabelle? - spytałem cicho, gdy zobaczyłem, jak brunetka cofa się do tyłu - Isabelle? - ponowiłem pytanie, tym razem nieco głośniej.
- Isabelle! - krzyknąłem, rzucając walizkę w bok i biegnąc do dziewczyny. W ostatniej chwili udało mi się ją złapać, nim jej ciało zetknęło się z ziemią. Spojrzałem na dwójkę przyjaciół, biegnących w naszym kierunku.
- Pośpieszcie się! - krzyknąłem z łzami w oczach, tuląc do siebie nieprzytomną dziewczynę - Iz, otwórz oczy! Proszę cię, otwórz oczy! OTWÓRZ! - krzyczałem i płakałem jednocześnie, dziwiąc się, że mimo runy niewidzialności przypadkowi mieszkańcy Brooklynu tego nie słyszą.
- Uspokój się, to nic nie da! - warknęła Clary, kładąc swoją delikatną dłoń na mojej - Jace, pomóż mu zanieść ją do Sali, ja zadzwonię do Maryse.
Kątem oka zauważyłem, jak blondyn kiwa głową, po czym pomaga mi wnieść ją do środka.
Jeśli ona również zginie to przysięgam na Anioła, że będzie trzecią i ostatnią przyczyną tego, jak ciasne liny zacisną się wokół mojej szyi, odbierając mi życie. PRZYSIĘGAM.

*przekleństwa użyte w rozdziale... bla bla, znacie już tą gadkę*

Ostatecznie chciałam was bardzo, ale to bardzo przeprosić, że tak długo nie było rozdziału. Dostawałam masę wiadomości z pytaniem, czy coś mi się stało, że przez całe dwa tygodnie nic nowego się nie pojawiło. To było bardzo miłe i kochane, dziękuję!
Mam nadzieję, że przez szkołę nie będę musiała znów odpuścić sobie tej przyjemności...

Wprowadzam coś nowego - PYTANIA:
1. Kim jest tajemniczy chłopak, który pokazał Clary, jak dojść do sklepu i dlaczego nie chce o tym powiedzieć ukochanemu?
2. Czy Izzy uda się odzyskać przytomność?

Chciałabym Was jeszcze zaprosić na oficjalną grupę o DA - kliknij tu, aby przejść na stronę!

KOCHAM WAS!

niedziela, 7 lutego 2016

[7] "Słyszę głośny śmiech Strażnika"

Perspektywa Clary:
Wraz z Jace'em weszliśmy do jednej z nowojorskich restauracji. Usłyszałam cichy dźwięk dzwonka, który uruchomił się po otworzeniu drzwi. Wzrok wszystkich gości skierował się na nas, dosłownie pożerając nas wzrokiem.
- Podziemni - szepnęłam, zaciskając bardziej swoją dłoń na ramieniu blondyna.
- Nie bój się, chronią nas Porozumienia.
- Zawsze mogą je złamać - skrzywiłam się na samą myśl o tym.
- Nie, gdy w pobliżu są również Przyziemni - dopiero po jego słowach zauważyłam dwóch normalsów w rogu pomieszczenia, których wzrok również był skierowany na nasze osoby.
- Widzą nas - stwierdziłam, unosząc naturalnie kąciki ust w górę.
Weszliśmy w głąb pokoju, podchodząc do lady.
- Stolik dla dwojga - ach, zawsze chciałam to usłyszeć z ust ukochanego. Zwłaszcza takim tonem, jakim wypowiedział to Jace. Mówił to tak spokojnie, wyraźnie, podkreślając dokładnie każde słowo.
Lecz czar prysł, nim urocza kasjerka zdążyła podać nam menu. Blondyn uklęknął, trzymając się kurczowo z lewej strony klatki piersiowej. Jego mina wyrażała bóli cierpienie, szczęka silnie się zacisnęła, podobnie jak lewa dłoń. Oddychał szybko, jakby próbował tym uspokoić swoje odczucia.
Przełożyłam swoją torebkę przez głowę, rzucając ją w bok, nie zważając na to, gdzie wyląduje. Uklęknęłam obok niego, obejmując go ramieniem i dając gwarancję na swoją obecność.
- Co się dzieje? - szepnęłam przez zaciśnięte zęby.
- Parabatai - wypowiedział, lecz po chwili znów padł na ziemię, dusząc się własną śliną.
Nim zdążyłam wyjąć stelę zza paska, który idealnie ukryłam pod sukienką, zauważyłam jasny dym unoszący się nad głową Jace'a. Nim zdążył zmieszać się z powietrzem i zniknąć na dobre, utworzył runę parabatai, co nie oznaczało nic dobrego.
- Alec - szepnęłam, zasłaniając ręką usta. Moje oczy mimowolnie zaszły łzami, które od razu spłynęły po moich policzkach. Usta zrobiły się dziwnie sine, a przez ciało przeszły mnie dreszcze. Moja wyobraźnia przedstawiała mi najróżniejsze wspólne momenty, jakie przeżyłam z Aleciem.
I choć wiedziałam, że nie żyje, serce podpowiadało mi co innego. Czułam, że niedługo znów zapali się jego świeca, która zaprowadzi go z powrotem do nas, byśmy mogli zacząć wszystko od nowa...
Czekał tylko na odpowiedni moment, by na nowo pojawić się w naszym świecie.
I ten moment miał nadejść już niedługo. A przynajmniej tak podpowiadała mi moja podświadomość.

Perspektywa Jace'a: 
Resztę wieczoru spędziliśmy w ciszy, przysłuchując się tylko rozmowom innych. Żadne z nas nawet nie westchnęło, ani nie pociągnęło nosem. Wpatrywaliśmy się w jeden punkt, pozwalając sobie jedynie na łzy i własne myśli.
Runa parabatai, znajdująca się kiedyś nad moim sercem, zniknęła. Przybrała barwę koloru mojej skóry, wypalając nie tylko siebie, ale i mnie, tyle że od środka. Wypaliła ze mnie wszystko, co uważałem za drogie. Zabrała ze sobą osobę, która jako jedyna, gdy trafiłem przerażony do Instytutu, zaakceptowała mnie i nauczyła różnych ciekawych sztuczek. Zostawiła po sobie tylko wspomnienia, które będą od dzisiaj wywoływać tylko łzy. Zniknie radość, szczęście i uśmiech, a na ich miejsce wstąpią łzy, ból i cierpienie po utracie połowy własnej duszy.
Od teraz pojawią się setki pytań, nastroje i emocje zmienią się bardzo szybko, nawet jeśli będzie przy mnie Clary. Zgubię się w pustce, która zostanie i w uczuciach, których doświadczę. Będę szedł przez kolejne fazy swojego życia, nie zatrzymując się na niczym, co jeszcze kiedyś uważałem za ważne. Po prostu będę szedł drogą oświetloną przez małe świece, które z biegiem czasu będą coraz to bardziej wypalone, aż w końcu dojdę to tego okresu, w którym wszystkie świece będą zgaszone, a ja zostanę sam, w ciemnej pustce. Pochłonie mnie śmierć, a ja, nadal nie rozumiejąc czemu, będę albo szczęśliwy, albo smutny.
Wreszcie poczułem przyjemne ciepło na swojej dłoni. Ciepło, które wyrwało mnie z rozmyśleń i sprawiło, że powróciłem do życia. Spojrzałem na smutny wyraz twarzy rudowłosej oraz na nasze splecione ręce.
- Przepraszam - szepnąłem, starając się wymusić uśmiech, który nie zjawił się tak szybko, jak na twarzy mojej uroczej dziewczyny.
- Powinniśmy iść - powiedziała po chwili, na co skinąłem głową.
Zasunęliśmy krzesła, żegnając się z kelnerką, po czym wyszliśmy za zewnątrz, znów słysząc delikatne brzmienie dzwonka. Dotknąłem nieświadomie swojej klatki piersiowej, patrząc w dół, jak powiew wiatru kołysze źdźbłami trawy.
- Hej - powiedziała cicho Clary, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu - Nie mogę patrzeć na to, jak cierpisz.
Po jej słowach ułożyłem swoją dłoń na jej, krzyżując nasze palce ze sobą i tym samym strącając je ze swojego ramienia. Odwróciłem się przodem do niej, drugą dłonią kładąc na jej rozgrzanym policzku i nachylając się delikatnie, złączając nasze usta w pocałunku. Wsłuchałem się w jej przyśpieszony oddech i bicie serca, dzięki czemu złapałem z nią wspólny rytm.
Po długim pocałunku, nadal przytuleni do siebie, ruszyliśmy w stronę Instytutu.
- W jaki sposób powiemy to Izzy? - spytała nonszalancko, odwracając swoją głowę w moją stronę.
- Nie powiemy.
- Jace, musimy...
- Ona nie może cierpieć, już dosyć, że widzę, w jakim stanie jesteś ty.
- Prędzej, czy później i tak się dowie, a wtedy my będziemy za to odpowiedzialni - odrzekła, puszczając moją dłoń i chowając ją do kieszeni.

Perspektywa Izzy:
Obudziłam się z słuchawkami na uszach i telefonem pod tyłkiem, próbując sobie przypomnieć wczorajszą, a raczej dzisiejszą noc. Odłożyłam urządzenia na szafkę nocną, siadając następnie na brzegu łóżka i ubierając swoje ciepłe kapcie w króliczki. Wstałam, odgarniając włosy do tyłu i ruszyłam do toalety. Wrzuciłam swoją kolorową piżamę do kosza na pranie, wchodząc później do brodzika i zamykając za sobą drzwi od kabiny prysznicowej. Po chwili poczułam na sobie ciepłe strugi wody i ulatniający się zapach płynu do kąpieli. Zamknęłam oczy, gdy mydliny znalazły się w ich okolicy.
Dodatkowo umyłam również swoje średniej długości włosy, by nie musieć robić tego później. Unoszący się kwiatowy zapach niedawno kupionego szamponu sprawiał, że czułam się jak w SPA, choć nigdy tam nie byłam. Nie potrzebuję jakiś salonów kosmetycznych, by być piękna. Wystarczy mi tylko moja paletka, pędzle, cienie do powiek, moje ulubione szminki i inne kosmetyki, które walają się po całym pokoju, bo zaczynają nie mieścić się w szufladzie. Chyba wypadałoby zrobić jakieś małe porządki...
Po skończonej kąpieli dokładnie wytarłam swoje ciało, nawilżając je następnie pierwszym lepszym kremem o idealnej konsystencji.
Nałożyłam na siebie szlafrok i wyszłam z łazienki. Błądziłam wzrokiem po pokoju, szukając suszarki i prostownicy, by doprowadzić moje włosy do ładu. Gdy podłączyłam oba urządzenia do gniazdka, by zdążyły się odpowiednio nagrzać, podeszłam do szafy. Przykładałam różne topy i koszulki do siebie, by znaleźć tę, która będzie pasować do wcześniej wybranych spodni. Doszłam do wniosku, że dziś ubiorę się na biało. Skoro nie ma już Zasady Kolorów, mogę ubierać się tak, jak chcę i żadne Clave mi tego nie zabroni. I tak miałam wyjebane na ich reguły...
Zeszłam na dół, by przygotować śniadanie dla siebie i reszty, ale że nadal nie nauczyłam się dobrze gotować, wyjęłam z lodówki paczkę parówek i ketchup. Prościej się chyba nie da, skoro nie ma się mleka i płatków śniadaniowych z Chocapik.
Ułożyłam wszystkie parówki na talerzu i włożyłam je do kuchenki mikrofalowej na jakieś 20 sekund. Po usłyszeniu charakterystycznego dźwięku otworzyłam metalowe drzwiczki i zaczęłam nacinać w odpowiednich miejscach kiełbaski. Po kilku minutach pracy powstało kilka uroczych ośmiorniczek, które ułożyłam delikatnie na liściach sałaty, następnie ozdabiając wszystko odrobiną ketchupu.
Położyłam wszystko na stole w jadalni, łącznie z kubkami mineralnej wody i włączając muzykę ze stereo czekałam na resztę przyjaciół.
Nim zdążyłam usiąść na kanapie, usłyszałam dzwoniący telefon. Kliknęłam zielony przycisk, przykładając słuchawkę do ucha.
- Jia?...Tak, to ja...No, słyszałam, że wychodził, ale...Zaraz, co?...Mów wolniej, nic nie rozumiem...
W jednej chwili zawalił się cały mój świat. Do oczu napłynęły mi łzy, których nie mogłam pohamować. Puściłam słuchawkę telefonu, pozwalając na to, by przed upadkiem uratował ją długi kabel. Patrzałam, jak kołysze się to w lewo, to w prawo, obijając się o ścianę i wydając charakterystyczne dźwięki. Uklęknęłam, krzycząc i klnąc co chwilę. Słowa wypowiedziane przez Jię przechodziły przez moją głowę, doprowadzając mnie do skrajnej obsesji.
"Alec nie żyje".
"Alec nie żyje".
"Alec nie żyje".
Podeszłam do stołu, ciągnąc za biały obrus i strącając tym wszystko, co na nim było, łącznie ze śniadaniem. Oddychałam ciężko, szarpiąc za swoje włosy, mało co ich nie wyrywając.
W końcu uklęknęłam, wydając z siebie jęki. Dusiłam się własną śliną, nie mogłam złapać oddechu. Nie miałam siły, by podejść do okna, byłam sparaliżowana własnym strachem i cierpieniem. Moja podświadomość była zamknięta, nie dawała żadnego znaku życia. Czułam, jak moje serce rozrywane jest na pół, potem zszywane, a potem znów rozrywane. Własna psychika bawiła się moimi uczuciami. Czułam się jak jakaś wariatka, którą należy zamknąć w psychiatryku, by nie zrobiła sobie krzywdy.
Byłam po prostu bezbronna...

Perspektywa Simona:
Obudziłem się z silnym bólem głowy na trawniku. Przymrużyłem oczy, czując na sobie promienie słońca. Wstałem, otrzepując się z piachu i ździebeł trawy. Mój wzrok błądził po okolicy, zatrzymując się na wysokim budynku.
- Instytut - wyszeptałem zadowolony z siebie. Przynajmniej nie będę musiał iść z buta kilkaset metrów drogi. Ruszyłem w jego stronę, wkładając ręce do kieszeni i trafiając na kartkę.
Dziwne - pomyślałem - jedyne, co noszę w kieszeni to telefon i klucze.
Rozwinąłem papierek i zacząłem czytać.
"Nocni Łowcy są strasznie naiwni, gdy są pod wpływem alkoholu. Szczególnie ci ze złamanym sercem."
Na dole widniało kilka odcisków kłów oznaczonych kroplami świeżej krwi.
Cholera - pomyślałem - przespałem się z Wampirem.
I ruszyłem dalej, rzucając kartkę papieru za siebie.
- Simon! - usłyszałem znajomy, męski głos. Gdy się odwróciłem zobaczyłem Clary biegnącą w moim kierunku. W ostatniej chwili zdążyłem ją złapać i okręcić dookoła własnej osi.
- Przepraszam - szepnąłem, odstawiając dziewczynę na ziemię. Ta tylko przewróciła oczami, uśmiechając się sztucznie, lecz nie zamierzałem pytać o co chodzi.
W trójkę ruszyliśmy do Instytutu, zatrzymując się przy jego progu. Usłyszałem głośne krzyki,płacz i dźwięk rozbijanego szkła.
- Też to... - nim zdążyłem dokończyć zdanie, ci gwałtownym ruchem otworzyli drzwi i wbiegli do środka, sprawnie omijając wszystkie przeszkody.
Pobiegłem za nimi, by spróbować samemu znaleźć rozwiązanie tego dziwnego zachowania. Stanąłem w głębi pokoju, widząc tylko jak Clary rzuca się ku Isabelle, obejmując ją ramieniem. Brunetka była cała roztrzęsiona, jej białe ubranie było zakurzone i ubrudzone krwią, co oznaczało, że musiała się o coś skaleczyć. Faktycznie, w salonie porozrzucane były odłamki szkła, poduszki leżące w kącie były brudne od tuszu do rzęs, obrus jednym z rogów trzymał się na górze szafy, a kanapa i krzesła były poprzewracane. Ogółem rzecz biorąc cały salon wyglądał jak po włamaniu.
- Powiecie mi w końcu o co tu chodzi?! - warknąłem, lecz znów nie otrzymałem odpowiedzi. Kopnąłem z całej siły w pobliskie krzesło, wychodząc wściekły z pomieszczenia. Usłyszałem tylko głośniejszy płacz Izzy oraz ciche westchnięcie.
Po chwili poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwróciłem się w kierunku blondyna, który zaszczycił mnie swoją obecnością.
- Jesteś tu by mi potowarzyszyć czy po to, by wyjaśnić to całe zamieszanie? - spytałem, przełykając głośno ślinę, jakbym wcale nie chciał tego powiedzieć.
Jace znów westchnął, zdejmując marynarkę i rozpinając kilka guzików koszuli. Odchylił lekko jej materiał, ukazując wyblakłą runę parabatai.
- Kurwa - syknąłem, zaciskając zęby. Uderzyłem pięścią w mur Instytutu, wyrzucając z siebie całą złość. Ponowiłem czynność kilka razy, dopóki moja dłoń nie zaczęła drętwieć i robić się sina.
- Już rozumiesz? - spytał Jace, lecz gdy nie uzyskał ode mnie odpowiedzi, poklepał mnie po plecach i zniknął za drzwiami.
Wypuściłem głośno powietrze z ust, łapiąc się za końcówki włosów. Zacisnąłem następnie silnie zęby, rozglądając się dookoła. Ostatni raz kopnąłem w kamień, patrząc, jak ląduje pod kołami samochodu, po czym poszedłem w ślady Jace'a.

Perspektywa Aleca:
A więc tak kończy się moja historia, którą zacząłem budować całe dziewiętnaście lat temu? Tak kończy się moje życie, na które miałem tyle planów? Tyle marzeń?
Widzę, jak strzała przekłuwa na wylot moje serce. Czuję ból, jaki zadano mi w głowę. Słyszę łkanie bliskich mi osób.
Moja runa parabatai zaczyna blaknąć, stawać się coraz bardziej niewidoczna. Nie chcę tego. Nie chcę wiedzieć, że to już koniec. Nie chcę patrzeć na zapłakane twarze przyjaciół i rodziny. Nie chcę, by czuli tylko moją duchową obecność.
Przez głowę przelatuje mi tysiące myśli, tysiące wspomnień.
A ja czuję pustkę, bo z każdą sekundą jestem bliżej śmierci.
Idę ścieżką oświetloną przez świece. Z każdym krokiem są coraz bardziej wypalone.  
Próbuję się ruszyć, lecz nie potrafię. Jestem sparaliżowany. Słyszę głośny śmiech Strażnika. Już wypełniam nieświadomie jego polecenia. Zmierzam w jego kierunku, by zaraz móc obudzić się w płomieniach piekielnego ognia.
Odliczam sekundy wolności.
1...2...3...
To koniec. Nie ma już nic. Jesteśmy wolni. Możemy iść.
Słyszę coraz głośniejsze krzyki, coraz głośniejsze wołanie.
"Witaj w piekle".
"Witaj w piekle".
"Witaj w piekle".
A więc to naprawdę koniec...

*przekleństwa użyte w tym rozdziale są konieczne na odmienną fabułę i charakter bohaterów*
Przepraszam, że musieliście czekać cały tydzień, a nawet więcej, ale w okresie szkoły naprawdę nie mam czasu na pisanie, bo jestem zawalona nauką - przysięgam. Mimo to w wolnej chwili obiecuję, że będę pisać, by być chociaż kilka zdań do przodu.


+LBA x2, za które serdecznie dziękuję Veronice Hunter (klik) i Unlucky Girl (klik) 💕
Pytania od Veronici Hunter:
1. Co cię motywuje do dalszego pisania?
Komentarze, nic więcej. Każdy blogger wie, jak bardzo opinie w postaci komentarza są ważne. Dzięki temu wiadomo, czy to, co tworzysz faktycznie podoba się ludziom, czy może są jakieś niedociągnięcia, które należy poprawić.

2. Czytasz od czasu do czasu jedne ze swoich starych rozdziałów?
Tak szczerze to nie, chyba że dostaję wiadomości o jakimś drobnym błędzie.

3. Gdzie chciałabyś pojechać w te wakacje? Dlaczego?
Nie licząc krajów za granicą - gdzieś nad morze. Jestem osobą zakochaną w zachodach i wschodach słońca, a miasteczko nad morzem dałoby mi pełny dostęp do podziwiania tego zjawiska i cykaniu zdjęć. W ten sposób połączyłabym dwie pasje w jedno!

4. Czego najbardziej się bałaś, przed założeniem bloga?
To chyba oczywiste, że bałam się negatywnego odbioru ze strony czytelników, jeśli chodzi o poprzedniego bloga. Gdy zakładałam tego jakoś nie miałam żadnych szczególnych obaw.

5. Pisanie to twoje hobby czy pasja?
Pasja.

6. Która cecha Twojego charakteru najbardziej cię denerwuje?
Nie umiem wybrać, więc może wybiorę kilka: nieśmiałość, ciekawość, słabe nerwy, wrażliwość.

7. Jesteś typem nocnej sowy czy porannego skowronka?
Nocna sowa, choćby dlatego, że czynności, które powinnam wykonywać w dzień, wykonuję w nocy, nie zważając już na to, że wolę księżyc od słońca i ciemność od jasności, mimo tego, że strasznie ciemności się boję.

8. Jakie jest twoje największe marzenie, jako blogger?
Osiągnięcie jak największej liczby odsłon oraz wiadomość o chęci założenia współpracy. Połączenie pasji z pracą to coś wielkiego, co szanuję pod każdym względem.

9. Ulubione pomieszczenie w domu?
Mój pokój. Tylko w nim czuję się bezpiecznie, to tutaj zawarte są moje wszystkie sekrety, moje wspomnienia oraz ukryte pasje (taniec, śpiew), które nie wychodzą poza próg mojego królestwa.

10. Ulubiony owoc?
Truskawki 💕

11. Ulubiony kolor?
Czarny, biały, pudrowy róż i pastelowy fiolet 💕

Pytania od Unlucky Girl:
1. Masz jakieś inne hobby/pasje poza pisaniem?
Taniec, śpiew, rysowanie i fotografowanie 💕

2. Co sprawia Ci największą radość?
Słuchanie muzyki.

3. Jaki masz sposób na błyskawiczne poprawienie humoru?
Wygadanie się przyjaciółce/przyjacielowi. To zawsze pomaga, a przynajmniej mi. Prócz tego ci, którzy mają swoich idoli, mogą posłuchać ich piosenek, pooglądać ich uśmiechnięte twarze na zdjęciach itp. :)

4. Ulubiona pora roku.
Zima/jesień.

5. Gdybyś mógł/mogła ze wszystkich sławnych ludzi na świecie spotkać się z jedną, kto by to był?
Bars and Melody 💕

6. Ulubiony kolor.
Czarny, biały, pudrowy róż i pastelowy fiolet 💕

7. Pies czy kot?
Pies.

8. Czym się inspirujesz przy pisaniu?
W zasadzie niczym. Piszę po prostu to, co w danym momencie przyjdzie mi do głowy.

9. Ulubiona piosenka?
Aktualnie "Stay Strong".

10. Matematyka czy polski?
Polski.

11. Czytasz wszystko czy zamykasz się w jednej określonej kategorii?
Wszystko, ale zazwyczaj kategorią jest Fantasy/Romans.

Ja nominuję:
http://the-mortal-instruments-the-otherstory.blogspot.fi/
http://clace-love-story.blogspot.com/?m=1
http://alexxxowe-twory.blogspot.com/
http://zareczyny-clary-jace.blogspot.com/
http://ukrytetajemnice.blogspot.com/

Moje pytania:
1. Masz swoją parabatai? Jak ma na imię?
2. Wolisz obsadę serialową, czy filmową? Dlaczego?
3. Masz jakieś plany po zakończeniu bloga?
4. Ile książek przeczytałaś w tym roku?
5. Masz swojego idola? Kto to?
6. Gdybyś miała wybrać jakąś nadnaturalną moc, co to by było?
7. Ulubiona rasa z książek?
8. Jaka jest twoja ulubiona słodkość?
9. Wymarzony prezent urodzinowy?
10. Gdybyś była czytelniczką swojego bloga, a nie właścicielką, jaką miałabyś o nim opinię?
11. Twoi rodzice wiedzą, że posiadasz bloga? Jeśli tak, to jak to odbierają?